Pszczelarstwo to nie tylko hobby

O satysfakcji z prowadzenia własnej pasieki, odskoczni od codzienności, jaką jest pszczelarstwo, ale też o roli pszczół dla środowiska i o tym, co możemy zrobić, by zapobiegać masowemu ginięciu pszczół, rozmawiamy z Pawłem Paruchem, współwłaścicielem firmy PARMAX.

Jak zaczęła się Pańska przygoda z pszczelarstwem? Skąd ta pasja?

Mogę powiedzieć, że jestem genetycznie skażony pszczelarstwem. Mój ojciec był pszczelarzem, więc widziałem, jak to wygląda, pszczoły po prostu były. Trudno powiedzieć, kiedy złapałem bakcyla, po prostu dorastałem w codziennym kontakcie z pszczołami. Od wczesnego dzieciństwa towarzyszył mi zapach miodu, nieobce były też użądlenia. Ale sam założyłem pasiekę dopiero po 40.

Co sprawiło, że zajął się Pan pszczołami, niejako wrócił do korzeni?

Pszczoły są dla mnie niezwykłą odskocznią. Mogę godzinami je obserwować, tworzą wyjątkowo zorganizowaną społeczność, w której obowiązuje ściśle określona hierarchia. Podpatrywanie ich zachowania wpływa na mnie kojąco, uspokaja, pozwala mi ładować wewnętrzne „akumulatory”. Trudno o inne hobby tak blisko związane z naturą, które daje wiele radości i satysfakcji. Ponadto świadomość, że hodując pszczoły, przykładam swoją cegiełkę do ochrony środowiska naturalnego, również jest dla mnie powodem do dumy. Firma PARMAX dba o naturę nie tylko w produkcji swoich drzwi, ale również po godzinach.

Od kilkunastu lat mówi się o problemie, jakim jest ginięcie pszczół w wielu krajach świata. Jakie są przyczyny tego zjawiska?

Najważniejsze przyczyny tego procesu tkwią w nadmiernej chemizacji rolnictwa, czyli wylewaniu na pola hektolitrów pestycydów, a także w upowszechnianiu się monokultur na coraz większych areałach, przez co jadłospis pszczół zrobił się bardzo jednolity, co źle wpływa na ich kondycję.

Coraz powszechniejszym widokiem są ule na dachach miejskich budynków. Jak Pan postrzega akcje, które mają na celu przywracanie pszczół, stwarzanie im warunków do życia?

Obecnie społeczeństwo jest bardzo wyedukowane i ludzie mają coraz większą świadomość ekologiczną, idą w kierunku ekologicznego pszczelarstwa.
Mogłoby się wydawać, że miasta, w których jest wiele zanieczyszczeń, smog, są ostatnim miejscem, gdzie pszczoły się odnajdą, ale pszczoły poprzez proces produkcji i przetwarzania pyłków w miód eliminują zanieczyszczenia. I paradoksalnie miejski miód jest zdrowszy od tego z terenów wiejskich, nawet tych, które reklamują się jako ekologicznie czyste. Bo obecnie wszyscy już stosują środki ochrony roślin, pryskane są uprawy nawet w małych przydomowych ogródkach. W miastach nie stosuje się oprysków na rośliny, a spaliny samochodowe nie są już tak toksyczne jak dawniej i nie psują jakości miejskiego miodu. Jest to zatem dobry kierunek działania.


Iskierka nadziei

Coraz częściej dostrzegamy rolę pszczół w naszym życiu. W ostatnim czasie pojawił się nawet nowy trend, polegający na stawianiu uli w miastach – tzw. miejskie pszczelarstwo. Ule pojawiają się np. na dachach różnych budynków – teatrów, hoteli czy instytucji państwowych.


W Polsce miejskie pasieki znajdują się na dachach wielu instytucji. W samej Warszawie jest kilka tysięcy uli i każdego roku przybywają nowe. Pierwsze były na dachu Hotelu Hyatt Regency na skrzyżowaniu Belwederskiej i Spacerowej, potem doszły te na terenie SGGW, w Królikarni, na dachu Arkadii czy w Jazdowie, Pałacu Kultury (niższa część z Teatrem Studio), Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, kamienicy przy Marszałkowskiej, biurowca Eurocentrum Office Complex przy w Al. Jerozolimskich, Galerii Mokotów, Galerii Wileńska, Orco Tower przy Chałubińskiego.